Siła settingu

Przyszedł taki moment, że granie w prototypy jest dla mnie bardziej interesujące niż zrywanie folii z nowych tytułów. Nie próbowałem jednak rozstrzygnąć, co wywołuje najwięcej endorfin. Z jednej strony zawsze pojawiała się niewielka doza ekscytacji, że to może właśnie najlepsza gra. w jaką przyjdzie mi zagrać, a z drugiej po prostu uwielbiam przycinać, rozbudowywać, dostosowywać, zmieniać, psuć, naprawiać. Na razie bardziej psuć.

Prototypy, które do tej pory lądowały na moim stole, zawsze miały jakiś określony setting. Nawet jeżeli był to bardzo oszczędny opis, to wiedziałem, że na przykład “dowodzę elfami i walczę z krasnoludami” albo “moi cyberpunkowi szpiedzy muszą powstrzymać agentów konkurencyjnej korporacji”. Taki szczątkowy opis pobudza do działania korę mózgową i już w tym momencie widzę na stole rzeczy, które jeszcze nie powstały, a które wciągają mnie, jako gracza, w przygodę ukrytą pod białymi karteczkami.

Zaproponowany przez autora świat gry może pasować doskonale do oczekiwań wydawcy, ale zdarza się, że efekt jest zupełnie odwrotny. Do biura wpadł kiedyś Wojtek Rzadek.
— Chodź, zagramy, mam perełkę — Powiedział to z typowym dla siebie entuzjazmem. Na stole rozkłada grę na pierwszy rzut oka przypominającą Monopoly, a pola zamiast nazw ulic mają plakietki z napisami “RTV”, “Bielizna”, “WC”. Serio? Gra o roboczym tytule “Wyprzedaż”, polegająca na chodzeniu po centrum handlowym i robieniu zakupów. Wszystko wskazywało na to, że akurat kolejna godzina w pracy będzie godziną zmarnowaną. Dawno tak bardzo się nie myliłem.

W kiblu możemy zamienić kosteczki miejscami.

Już po kwadransie okazało się, że jest to bardzo zgrabna i przyjemna gra, w którą jeszcze zagram nie raz.
— No dobra, fajnie. Co z tym robimy? — powiedziałem to tak bardzo jałowo, jak tylko potrafiłem, aby nie okazywać zbyt spontanicznego zachwytu.
— Mam na to pomysł. Nie chodzimy po centrum handlowym, tylko płyniemy statkami. Nie robimy zakupów, tylko kupujemy w portach różnego rodzaju dobra. Nie wiem jeszcze jakie, sprawdzimy, czym się wtedy handlowało. Porcelana, przyprawy, herbata, zobaczymy. Płyniemy do Indii.
— A potem?
— A potem z powrotem do Portugalii, jak Vasco da Gama.

Zamknąłem oczy na chwilę i zobaczyłem grę w nowym wydaniu. Ułamek sekundy później zdałem sobie sprawę, jak niewiele brakowało, by ominęła mnie bardzo ciekawa przygoda. Już nigdy więcej nie będę sugerował się samą tematyką gry przy testowaniu jej prototypu. Teraz kończymy pracę nad Drogą do Indii autorstwa Arka Ciesielskiego, przez którego za każdym razem, jak w czasie rozgrywki Marek zatrzymuje się w porcie by dokonać przeładunku w swoim galeonie, dodaje “wymieniam niebieską kosteczkę w WC na szarą”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *